sobota, 29 marca 2014

ROZDZIAŁ 25

***
- O jakiego pokroju informacje ci chodzi? – zapytał  dalej mocno podtrzymując mnie za ramię.
- Wiem, że z Markiem nie przepadacie za sobą – odgarnęłam mokre od potu włosy z twarzy
- I to cię tu sprowadza? Przyjechałaś zemścić się, szpiegować? – koncentracja wypisana była na jego twarzy
- Nie ukrywam, że żywię do ciebie urazę. Chciałeś mnie zabić…
- Jak połowa tego miasta – wtrącił się blondyn, który stał zaledwie parę kroków od nich, a wściekłość dalej błyszczała w jego szarych oczach.
- Mów – nakazał Tom – po co tu jesteś? - „prawdziwy przywódca” pomyślałam patrząc na jego zdeterminowaną twarz.
- Mark zrobił coś czego nie popierałam. Nie słuchał mnie, a to duży błąd, więc radzę ci – przerwałam spoglądając na dwóch pozostałych w tym pomieszczeniu – nie lekceważ mnie i mojego zdania.
- Posprzątajcie ten bałagan – blondyn stojący obok niej nakazał – w takim razie porozmawiamy droga Hayley. – odezwał się do mnie i puścił moją kurtkę wskazując schody – zapraszam.
***
- Powinieneś zadzwonić na policję – surowym tonem odezwał się Louis po raz kolejny – W sumie to ja powinienem. To ja byłem tym porwanym. Zadzwonię podam im jej nazwisko, adres. Zrobią z nią co trzeba – syknął. Zmęczonym wzrokiem spojrzałem na niego.
- Nie mam zamiaru dzwonić na tę cholerną policję już ci to mówiłem. – pomasowałem palcami skronie.
- I co dalej dasz jej chodzić po ulicach i porywać Bóg wie kogo, albo i nawet zabijać? – znowu przeszedł z jednego końca pokoju – Bądź rozsądny Harry.
- Ona taka nie jest.
- Bo ty to akurat wiesz – spiorunował mnie wzrokiem – słuchaj po prostu dałeś się jej wykorzystać, omamić i musisz coś z tym zrobić
- Nic nie muszę Louis. Zrozum ona taka nie jest – podniosłem wzrok ze swoich splecionych palców na przyjaciela. Na jego twarzy malowała się irytacja.
- Nie znasz jej. Oszukiwała cię. Skąd w ogóle wiesz, że znasz jej prawdziwe imię? Jej prawdziwy adres? Hmm? – nie dawał za wygraną.
- Przestań! – wybuchłem wstając – może to akurat ja wiem jaka naprawdę jest?!
- Nie bądź głupi – syknął – zawsze byłeś naiwny Harry, i wierzyłeś we wszystko co mówili ci inni. Świat nie jest taki jaki chcemy, żeby był – jego głos stał się gorzki
- Przyjaźniąc się z tobą też jestem naiwny? –nie mogłem się powtrzymać . Chłopak wyglądał na zaskoczonego. W jego szaro-niebieskich oczach błysnął ból.
- Po prostu się martwię o ciebie Harry. Nie chcę żebyś cierpiał z powodu kogoś kto nie jest wart twoich uczuć jak ta dziewczyna. Jest bezczelna i nie ma szacunku do nikogo.
- Nie musisz się o mnie martwić. Dam sobie radę – chłodno odparłem wychodząc z pomieszczenia kończąc tym samym rozmowę.
***
- jeden do dwóch– zmęczona uśmiechnęłam się wyciągając rękę do bruneta siedzącego na macie. Jego orzechowe oczy wpatrywały się we mnie z rozbawieniem, a pot błyszczał na jego czole i szyi. Sięgnął po moją dłoń i przy jej pomocy wstał.
- Za  niedługo przegram z tobą do zera Hayley – uśmiechnął się szeroko – Jako twój trener jestem z ciebie dumny. Krav maga to nie łatwa sztuka walki – poklepał mnie po ramieniu i razem skierowaliśmy się do małej ławeczki pod ścianą. Sięgnął po mały ręczniczek wycierając twarz.
- To akurat coś dla mnie – wzięłam butelkę z wodą popijając parę łyków
- To co jeszcze jedna rundka czy koniec treningu? – uśmiechnął się wyzywająco odrzucając mokry materiał
- Będzie remis – odstawiłam butelkę i ruszyłam w stronę maty odgarniając parę mokrych kosmyków włosów, które przykleiły mi się do twarzy.
- Nie tym razem – Simon dogonił mnie wchodząc na matę. Zaśmiałam się krótko i przygotowałam do ataku. Po krótkiej walce pełnej ciągłych przewracań i ciosów zostałam przyszpilona do materaca przez umięśnionego trenera. Puścił mnie i pomógł wstać śmiejąc się – trzy do jednego. Nie ma remisu wygrałem dzisiaj.
Pokręciłam głowa śmiejąc się, a po sali rozległ się dźwięk oklasków. Simon dalej stał w tej samej pozie, a jego wzrok skierował się ku wejściu sali. Marszcząc brwi obróciłam się w tym kierunku, gdzie o framugę drzwi w nonszalanckiej pozie ze skrzyżowanymi kostkami stał Alec. Jego kruczoczarne włosy opadały mu na czoło. Miał na sobie proste czarne spodnie i koszulkę w tym samym kolorze, a na to narzuconą miał kurtkę. Przez ten kolor jego skóra wydawała się jeszcze bledsza niż w rzeczywistości. Wyglądał jak mroczny książę – pomyślała Hayley.
- Może kiedyś potrenujemy razem? – odezwał się. Wywróciłam oczami obracając się do Simona.
- Dzięki, że znalazłeś czas dla mnie.
- Następny trening w środę? – uniósł brew
- Wtedy na pewno wygram – wycelowałam w niego palec – do zobaczenia – obróciłam się i poszłam w stronę Alka.
- Brawo mała blondyneczko – błysnął bielą swoich zębów
- Nie nazywaj mnie tak – bąknęłam – I co ty tu robisz?
- Mam mieć na ciebie oko – powiedział już poważniejszym tonem idąc razem ze mną w stronę szatni
- Tom się upewnia, że to co mówię to nie przekręt – prychnęłam
- Dziwisz mu się? Jesteś oczkiem w głowie naszego wroga, a on po prostu musi być ostrożny.
- I ty się bawisz jako moja niańka – spojrzałam na niego, a niebieskooki odgarnął włosy z czoła
- Nie żebym narzekał – również na nią spojrzał, a na jego  policzkach pojawił się delikatny rumieniec. Przez jego bladą skórę, każdy choćby najmniejszy wypiek na jego twarzy był widoczny.  Zatrzymałam się przy szatni otwierając drzwi.
- Poczekaj tu – zakazałam wchodząc do pomieszczenia.
 ****************************
Hej wam :D Dodaje rozdział z jednodniowym opóźnieniem. Ajm sorry x.x Ale mam nadzieję, iż wam się podobał :D A i no na tym zdjęciu to nie jestem ja. Nie miałabym odwagi siebie wstawić. bo bym zniszczyła i tak już małą atrakcyjność wyglądu profilu xx Dziękuje za poprzednie komentarze :P no to chyba tyle, czytajcie, komentujcie i whatever chcecie :D Pozdrawiam xx



piątek, 21 marca 2014

ROZDZIAŁ 24

- Co ty Butler do kurwy nędzy wyprawiasz? – Jordan podniósł głos
- Nie sądzisz, że to było… niemiłe? – uniosła brew wesołym spojrzeniem obdarowując napiętą sylwetkę Jordana, który dalej lodowato patrzył na dziewczynę.
- Zadzwoń po Toma. Niech wie o wizycie naszego gościa – odezwał się nie odrywając wzroku od blondynki. Ale pośpiesznie wyjął z kieszeni swój telefon nie zwracając uwagi na grę, która wyświetlała się na telewizorze. Poczuł na swojej skórze delikatny lecz stanowczy uścisk kobiecej dłoni.
- To nie będzie konieczne – spokojny ton jej głosu wcale nie pasował do zaistniałej sytuacji
- Przyszłaś się zemścić? – Jordan nie poruszył się
- Tak – z uśmiechem na ustach odpowiedziała zabierając dłoń z nadgarstka  bruneta – w końcu chcieliście mojej śmierci – otworzyła magazynek oglądając pociski zamykając go z powrotem z charakterystycznym kliknięciem. Alec nieraz widział broń i korzystał z niej, ale gdy siedziała obok niego osoba, która była zdolna do wszystkiego, sprawiało, że zaschło mu w ustach. Wiele słyszał o dziewczynie podbijającej ten świat. Głównie biła się z innymi kobietami na kasę, ale nieraz potrafiła przywalić niejednemu facetowi o wiele większemu od niej. Ręce mu się pociły, a jego ramiona były napięte. Dziewczyna sięgnęła do swojej kurtki wkładając rękę do wewnętrznej kieszeni. Brunet szybko przemknął wzrokiem po jej ciele dostrzegając mały nóż wetknięty za pasek spodni. Hayley wyjęła paczkę papierosów.
- Chcesz? – wyciągnęła w stronę chłopaka siedzącego obok niej pudełko. Alec pokręcił przecząco głową, tak że włosy opadły mu na czoło, więc szybkim gestem je odgarnął.
- Nie palę – odparł czując na sobie wzrok starszego – przyszłaś nas zabić, więc czemu po prostu tego nie zrobisz? – pytanie wyrwało się z jego ust niekontrolowanie, ale starał sę nie pokazywać jak bardzo zdenerwowany jest.
- Cóż – obracała broń w dłoni – jaka zabawa jest tylko z patrzenia na rollercoaster, na którym chciało się przejechać? – rozbawienie błysło w jej niebieskich oczach. Alec zamrugał nie do końca wiedząc czy rozumie jej słowa.
- Wynoś się stąd Butler – władczym tonem odezwał się blondyn.
- Czy to nie powinno brzmieć tak: „Witam cię droga Hayley. Miło cię widzieć. Może usiądziesz i napijesz się czegoś? Woda, kawa, herbata, a może whisky?” – uniosła wymodelowaną brew, a denerwujący uśmiech nie schodził z jej twarzy. Jordan zacisnął ręce w pięści po okach swojego ciała.  Ruszył w stronę Butler ręką sięgając przodu jej kurtki podciągając ją na równe nogi. Dziewczyna zachwiała się lecz chwile później w pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk odbezpieczanej broni.  Lufa pistoletu skierowana była w pierś Jordana. Alec szybko wstał, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała ciężko. Spojrzał gniewnie na dwójkę gotowych zaraz się pobić ludzi.
- Jordan – jego głos był stanowczy – Jordan uspokój się – próbował odciągnąć starszego od dziewczyny, ale ten odepchnął go.
- Działasz mi na nerwy Butler – warknął dalej mocno trzymając kurtkę dziewczyny.
- Nie tylko tobie – pchnęła go na co tylko lekko się zachwiał, z wściekłością wyrwał jej pistolet z ręki i po zabezpieczeniu go rzucił przedmiot do Aleca. Dziewczyna uderzyła Jordana parę razy. Młodszy włożył pistolet za pasek ruszając  z interwencją. Szarpnął mocno ramię blondyna zanim jego pięść spoczęła na twarzy dziewczyny. Pchnął go mocno do tyłu tym samym wchodząc w sam środek sporu oddzielając walczących.
- Nie tutaj Jordan – rozkazał i obrócił się w stronę dziewczyny, która w mgnieniu oka znalazła się obok niego szykując się do ataku na jasnowłosego. Wyciągnął rękę mocno zaciskając ja wokół jej ramion. Dziewczyna zaczęła wierzgać i szarpać się lecz Alec nie rozluźnił uścisku przytrzymując ją w miejscu. Był wyższy od niej o głowę przez co zadanie wydawało się proste. Poczuł silny ból w ręce, kiedy Hayley go ugryzła. Automatycznie rozluźnił ramiona, a blondynka wydostała się z jego objęć i z dzikim krzykiem rzuciła się na Jordana, przez co oboje upadli.  Niebieskooki trzymał swoje pokrwawione przedramię patrząc na plątaninę rąk nóg i złotych włosów. Słyszał krzyki Hayley i Jordana, którzy miotali się po podłodze walcząc.  Chłopak zaklął wściekły łapiąc skórzaną kurtkę miotającej się babskiej furii. Z trudem odciągnął ją od walczącego z nią Jordana, lecz po jakimś czasie udało mu się i postawił dziewczynę na nogi łapiąc jej nadgarstki i krzyżując za plecami na co wydała cichy jęk bólu.
- Puszczaj! – rozległ się jej krzyk, ale Alec ją zignorował, patrząc na przyjaciela wstającego z ziemi.  Z nosa kapała mu krew, a koszulka była porwana w paru miejscach.
- Do jasnej cholery Jordan! – warknął gniewnie patrząc na niego cały czas mocno ściskając nadgarstki Hayley, która dalej próbowała się wydostać z jego objęć.
- Puszczaj ty mały gnoju! – znowu się szarpnęła. Spotykał wiele takich dziewczyn, które należały do takich grup, ale Butler była jedyna z takim temperamentem.  
- Jak się nie uspokoisz przywiąże cię do krzesła! – sapnął do niej kiedy go kopnęła. Kiedy kolejny raz się szarpnęła na ziemie upadł jej nóż. Korzystając z chwilowej nieuwagi jej oprawcy uwolniła swoje ręce znowu atakując Jordana. Tym razem ten zrobił krok w bok i mocno chwycił tył jej kurtki tak, jak Alec wcześniej i rzucił nią o ścianę jak by w ogóle nie ważyła. Jasnowłosa uderzyła o ścianę, w której zrobiła się dziura i upadła na ziemię. Leżała na kawałkach gruzu próbując zaczerpnąć powietrze.
- Co tu się dzieje?! – krzyk dobiegał  z tyłu Aleca. Chłopak spojrzał na swojego kolegę, który sapał ze złości i ocierał krew z brody. Do pomieszczenia wszedł Tom rozglądając się chaotycznie po pomieszczeniu. Jego wzrok spoczął na leżącej dziewczynie, która kaszlała krwią, następnie na Jordanie w poszarpanej koszulce i na końcu na Alecu.
- Butler – warknął podchodząc do niej szarpiąc jej ramie i postawił ją na nogi. Stała nierówno, ponieważ jednego buta zgubiła podczas walki. Alec nie mógł zrozumieć dlaczego wybrała takie obuwie skoro przyjechała do nich z zamiarem walki. Butler zaczerpnęła gwiżdżący oddech chwiejąc się na nogach.
- Miło cię widzieć  Tom – zadrwiła spluwając krwią.
- Co kurwa tu robisz?! – szarpnął nią
-Przyszłam się zabawić – uśmiechnęła się, a jej zęby były poplamione krwią
- To misja samobójcza. Jesteś bardzo głupia, że tu przyszłaś – dalej ją trzymał
- A co jeśli mam dla ciebie cenne informacje? – jej głos był pewny. Na twarzy Toma zabłysło zdumienie po chwili zastąpione kamienna maską.

 *******************
Heloł ewrybady! W końcu dokończyłam dzisiaj moje wypociny, cały rozdział napisałam dziś, więc temu taki byle jaki i krótki, ale starałam się jak mogłam, żeby dodać na czas i udało mi się :D Postanowiłam wypróbować narrację trzecioosobową, ponieważ spodobała mi się, ale nie wprowadzę jej na stałe, tylko będzie pojawiać się w takich momentach jak będę chciała dać z perspektywy kogoś innego niż Harrego lub Hayley jak właśnie w przypadku Aleca. A więc jedna z was pytała mnie o połączenie imion Harrego i Hayley. Kiedy wymyślałam tego fanfica w ogóle jeszcze nie było to takie "znane" połączanie imion głównych bohaterów, więc wybrałam imię, które mi pasowało, ale po uruchomieniu mojego mózgu znalazłam połączenie imion tych głównych bohaterów. Brzmi idiotycznie, ale innego pomysłu nie mam. Więc mój pomysł to :Harley! Haha wystarczyło by l zmienić na v i by było "Harvey" LOL. No to tyle z mojej kreatywności na ten piękny wiosenny wieczór :D Miłego czytania xx Pozdrawiam 

piątek, 14 marca 2014

ROZDZIAŁ 23

Obróciłam się w stronę Louisa.
- Ty… ty wiedziałeś, że on tam stoi – mój głos drżał. 
- Zostawiłabyś go w niewiedzy? –na jego twarzy wymalowana była odraza.  Spojrzałam na zielonookiego. 
- Przez cały czas mnie oszukiwałaś – sapnął – Przez cały ten pieprzony czas miałem cię za kogoś innego niż w rzeczywistości jesteś!
- Ciągle jestem tą samą osobą – wbiłam paznokcie jeszcze mocniej w swoją skórę.
- Jak mogłaś – pokręcił głowa z rezygnacją – On mógł zginąć! – krzyknął wściekle wskazując na stojącego obok mnie bruneta
- Nigdy bym do tego nie dopuściła… - próbowałam się tłumaczyć, lecz przerwał mi.
- Nigdy?! – powtórzył – Gdybyś była choć trochę… lojalna – przy ostatnim słowie znowu się skrzywił – To nie dopuściłabyś by twoi chłopacy  w ogóle go tknęli! Za te wszystkie sytuację co ratowałem ci dupę tak mi się odwdzięczasz?! Porywając mojego najlepszego przyjaciela?! – na twarzy miał czerwone wypieki ze złości. 
- Harry ja nic o tym nie wiedziałam… dopiero później kiedy Lou tam siedział…
- Po prostu poszłaś stamtąd – dokończył Tomlinson. Z niedowierzaniem popatrzyłam na niego. Jego oczy ciskały we mnie pioruny nienawiści. Trzy ciekawskie czupryny wychyliły się z salonu patrząc co się dzieję.
- Myślałem, że ludzie nie mówią prawdy, że wszystko niszczysz, a tu proszę. Mówili tylko i wyłącznie prawdę – lodowaty głos Harrego przeszył mnie do szpiku  kości – Planowałaś to od początku tak? Kierowałaś tą całą akcją, dzwoniłaś do mnie, aby się upewnić, że policja nic nie wywęszyła – pokręcił głową z niedowierzaniem. Krew szumiała mi w uszach, a w ustach mi zaschło. Musiałam się oprzeć dłonią o ścianę, aby się upaść.  Co tu się właśnie do cholery działo?! Przełknęłam swoja gorycz i spojrzałam na zielonookiego.
- Uwierz mi ten jeden raz – usłyszałam swój głos z oddali jakby dobiegał z końca długiego tunelu.
- Już był ten jeden raz kiedy postanowiłem ci uwierzyć, a teraz wynoś się stąd albo dzwonie na policje – stanowczym tonem nakazał. Zamrugałam parę razy nie wiedząc czy się przesłyszałam. Mina Louisa wyrażała to samo co Harrego, a chłopacy stojący u progu byli doszczętnie zaskoczeni.
- Dzwoń – odezwałam się zaskakując nie tylko ich, ale i samą siebie – No dzwoń! – wpatrywałam się w Harrego, który utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Wyglądał na zagubionego spoglądając na chłopaka obok mnie. Zobaczyłam, że Tomlinson wyciąga telefon, ale ja ani drgnęłam. Wybrał numer, ale zanim zdążył nacisnąć zieloną słuchawkę odezwał się Harry.
- Idź – pokręcił głową – Idź puki masz szansę – przez jego twarz przemknął cień bólu, ale po chwili znowu wrócił do kamiennej postawy.  Odepchnęłam się od ściany spoglądając na wszystkich zgromadzonych.
- Przepraszam  Louis, że nie byłam w stanie cię uwolnić, ponieważ narażałabym twoje życie jak i swoje – w ustach poczułam krew od przygryzanej wargi i wzrok skierowałam na Stylesa. Przełknęłam ślinę patrząc w jego oczy i otworzyłam usta, by coś powiedzieć, lecz żaden dźwięk się z nich nie wydostał. Obróciłam się na pięcie wybiegając z mieszkania. Jesienny podmuch wiatru otulił moją twarz pomagając zaczerpnąć oddech.  Przyłożyłam rękę do twarzy czując, że moje policzki są mokre od łez. Przymknęłam na chwilę oczy po chwili wychodząc na ulicę. Przebiegłam przez jezdnię chcąc się znaleźć jak najdalej od tego miejsca.
***
Alec Lewis siedział na skórzanej kanapie grając na X Boxsie.  Obok niego miejsce zajmował jego starszy kolega Jordan obserwując mętnym wzrokiem gę bruneta. Alec miał 18 lat, lecz nie uczył się już. Rzucił szkołę kiedy miał 16 lat na rzecz kryminalistycznego życia. Nigdy nie lubił swojego poprzedniego życia, monotonne dni, które były takie same. Miał on przykładnych i wzorowych rodziców. Ojciec prawnik, matka szanowana nauczycielka, a starsza siostra świeciła przykładem. Wzorowa córeczka. Dobrze się uczyła, nie wychodziła na imprezy, co niedzielę szła do kościoła. Jedynym słabym ogniwem w tej rodzinie był Alec.  Nigdy nie miał dobrych ocen, za to dobry był w sporcie. Nocami szwendał się z jego kumplami pijąc piwa i paląc trawkę, którą załatwił im znajomy diler. Po pewnym czasie uciekł z domu zabierając ze sobą tylko parę funtów i jakieś łachmany, które wpakował do plecaka. A dziś siedzi w luksusowym domu, nosi markowe ubrania i nie martwił się o głupie oceny. Wolał takie życie u boku Toma- głowy całej grupy.
- Hej,  z tyłu za tobą! – ożywił się Jordan widząc na ekranie telewizora grę.
- Widzę przecież – bąknął brunet obrzucając czarnowłosego oskarżycielskim spojrzeniem.  Nagle drzwi ich domu otworzył się, a Alec ujrzał długonogą blondynkę.  Włosy falami opadały jej na ramiona, a czarny strój doskonale opinał jej ciało podkreślając kobiece atuty. Była ładna. Bardzo ładna i ona zdawała sobie z tego sprawę – pomyślał Lewis. Nie wiedział jednak, co dziewczyna robiła na ich terenie. Ostatni i pierwszy raz kiedy ją widział groziła jego szefowi. Hayley Butler postąpiła parę kroków do przodu zatrzaskując za sobą drzwi.
- Witam panowie – uśmiechnęła się chłodno przez krótki czas łapiąc z brunetem kontakt wzrokowy. Jordan wstał przybierając czujną postawę, przez co mięśnie na jego ramionach napięły się widoczne przez cienki materiał koszulki o kolorze ciemnej zieleni.
- Butler – blondyn odezwał się zaskoczony – Co ty tu robisz?
- Miło, że poznajesz – uśmiechnęła się blado – Chciałam odwiedzić starych znajomych – przeszła przez salon siadając obok mnie na kanapie – Cześć jak ci to było… Jace? Mike? Simon? – uniosła brew
- Alec – niebieskooki opanowanym tonem odparł chociaż, był bardzo zdziwiony zachowaniem jego potencjalnego wroga.
- No właśnie! –dziewczyna  melodyjnie się zaśmiała mierzwiąc brązowe jego brązowe włosy wykładając nogi w wysokich czarnych szpilkach na mały drewniany stolik do kawy. Zmieszany Alec spojrzał na Jordana, który dalej stał.
- Butler co ty do cholery wyrabiasz? Weszłaś na nasze terytorium tym samym złamałaś…
- Ten pierdolony kodeks czy chuj wie co – lekceważąco machnęła ręką – Ale – zawiesiła palec wskazujący z rubinowym pierścionkiem na nim w powietrzu – Nie pomyślałeś, że chcę przejść do was – uśmiechnęła się
- A chcesz? – po pewnym czasie milczenia wykrztusił doszczętnie zmieszany Jordan
- Nie – odparła dalej się uśmiechając i wyciągając z pod kurtki czarną broń – Wisicie mi  nowiuśki samochód – westchnęła  bawiąc się czarnym przedmiotem.

 *************************
Hej wam :D Przepraszam, że nie dodałam w tamtym tygodniu rozdziału, ale nie miałam czasu napisać go praktycznie w ogóle w tygodniu nie bywałam na komputerze, bo miałam inne zajęcia takie jak nauka :D Mam nadzieję, że wybaczycie mi te moje opóźnienia :D I jeśli ktoś coś myśli, że zamierzam opuścić bloga, czy po prostu przestać pisać to: nie! Ja zawszę prowadzę blog do końca z epilogiem :D No to tyle, pozdrawiam xx 

piątek, 28 lutego 2014

ROZDZIAŁ 22

Znajdowałem się w ciemnym pokoju, ale rozpoznawałem układ mebli. Byłem u siebie. Zdyszany i cały spocony zszedłem z łóżka. Przetarłem twarz dłonią zbierając kropelki potu.
- To był tylko kurwa zasrany koszmar – powiedziałem sam do siebie wychodząc do kuchni. Wszędzie było ciemno, światła były pogaszone, więc Gemma musiała już spać. Dobrze, że postanowiła zostać tu na parę dni i po opiekować się mną.
Poszedłem do kuchni  sięgając po zimne mleko z lodówki i pijąc prosto z kartonu. Może to mnie otrzeźwi od tego koszmaru.
***
Nacisnęłam guzik dzwonka wkładając ręce do kieszeń moich spodni. W spokoju czekałam, aż Harry otworzy mi drzwi. Już od dłuższego czasu, czułam znajome szybsze bicie serca, kiedy miałam go spotkać.  Drzwi się uchyliły, a przede mną w nonszalanckiej pozie stał Styles. Na sobie miał czarne obcisłe rurki z dziurami na kolanach i zwykły biały t-shirt. Kasztanowe włosy miał przepasane kawałkiem swojej starej koszuli, co na kimś innym wyglądało by idiotycznie, lecz jemu dodawało seksapilu. Jego skóra nie straciła opalenizny z lata. Oczy mu błyszczały, a policzki miał zarumienione. Nie miał już sińców pod oczami, a na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Ten Harry strasznie się różnił od tego z przed dwóch tygodni, kiedy prawie w ogóle nie spał i nie jadł, a wszystko przez porwanie Louisa. Uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć – przywitałam się.
- Hej – odparłam i weszłam do środka kiedy mnie zaprosił.
- Gramy właśnie z chłopakami na X boksie chcesz zagrać z nami? – zaproponował z chłopięcą radością wprowadzając mnie do salonu. Przygryzłam mocno wargę rozglądając się po pokoju kiedy mój wzrok spoczął na Louisie. Siedział na boku kanapy patrząc jak Liam, Niall i Zayn siłują się w fifie.
- Chłopaki patrzcie kto nas odwiedził – Styles stojący za mną popchnął mnie w stronę kanapy. Szaro-niebieskie oczy Tomlinsona spoczęły na mnie przeszywając mnie lodem. Odwracając od niego wzrok i witając się z chłopakami  usiadłam na dużej piłce, która odgrywała rolę fotela.  Przez cały czas czułam na sobie wzrok Louisa, czułam jego wrogość do mnie i wręcz błagałam w myślach, aby znaleźć się gdzie indziej. Gwałtownie wstałam przez co przykułam uwagę na siebie.
- Zaraz wracam musze iść tylko do ubikacji – bąknęłam wychodząc i kierując się do łazienki. Już nieraz byłam w domu Harrego przez co znałam doskonale drogę. Zamknęłam za sobą drzwi odkręcając zimną wodę wsadzając pod strumień ręce. Schłodzoną dłoń przyłożyłam do czoła czując jak płonę.  Westchnęłam patrząc na swoje odbicie w lustrze. Pomimo duszności jakie odczuwałam byłam całkiem blada. Zakręciłam wodę osuszając ręce o biały i miękki ręcznik, który wisiał obok i wyszłam z łazienki. Omal nie krzyknęłam z zaskoczenia, kiedy się obróciłam i zobaczyłam przed sobą Louisa. Rozejrzałam się dookoła, oceniając sytuację. Tylko on poszedł za mną, a reszta dalej dobrze się bawiła w salonie. Chłopak stał przede mną, a pięści miał mocno zaciśnięte.
- Czego jeszcze chcesz? – warknął ściszonym głosem – Nie wystarczy ci tyle ile dostałaś?
- Lou ja nie… - zaczęłam, ale mi przerwał
- Nie mów tak do mnie. - Jego głos przepełniony był jadem – Porwałaś mnie. Ty i ci twoi… - na jego twarzy wkradł się grymas obrzydzenia – Mogłaś mnie wypuścić, a ty co? Udałaś jak byś mnie tam w ogóle nie zobaczyła!
- Wiem, że jesteś zły, ale ja z tym nie miałam nic wspólnego. Nic nie wiedziałam. Dopiero jak cię tam zobaczyłam to zdałam sobie sprawę co zrobili. Byłam wykluczona z całej tej akcji!
- To dlaczego mnie nie uwolniłaś? – z wyrzutem zapytał, a jego oczy zabłysnęły smutkiem.
- Może i nie pomogłam ci tak, jak byś tego oczekiwał, ale robiłam wszystko, żeby ci pomóc – zapewniłam go.
- Ciekawe co – prychnął
Bez pukania otworzyłam drzwi pokoju Marka, a kiedy znalazłam się w środku zatrzasnęłam je za sobą. Blondyn wychodził akurat ze swojej łazienki z ręcznikiem owiniętym na biodrach. Włosy miał mokre, a po jego opalonym torsie spływały kropelki wody. Spojrzał zaskoczony na mnie.
- Chyba się puka – bąknął podchodząc do komody.
- Wypuść go – zażądałam stanowczym tonem – Mark nie wiesz w jakie gówno się pakujesz, a przy okazji nas w to wciągasz. Wypuść go.
- Widzę, że znalazłaś naszą nową zabaweczkę  - uśmiechnął się – Jak ci się podoba?
- Co ty kurwa głuchy jesteś?!- krzyknęłam – Mówiłam ci, żebyś go wypuścił. Cała policja stoi na baczność! Przeczesują każdą norę myszy, żeby go znaleźć! – z frustracją  odgarnęłam włosy z twarzy
- Jak na chwilę przerwiemy im ten zapchany grafik to nic się nie stanie – otworzył szufladę wyciągając czystą parę bokserek.
- Jesteś głupi czy coś? – coraz bardziej traciłam kontrolę nad sobą.
- Czy coś – uśmiechnął się w sposób w jaki się uśmiechają starsi bracia do swoich sióstr, którzy chcą im zrobić na złość. – Co? Czekasz na jakiś pokaz? – spojrzał na swoje bokserki w ręce
- Dobra, ale sam będziesz się ratował z tego bagna ja umywam od tego ręce – warknęłam wychodząc.
- Nie wierzę ci – skomentował Louis – Celowo to robisz. Celowo zwodzisz Harrego, wiem że to robiłaś, bo chciałaś dotrzeć do mnie, czy do któregokolwiek z nas. Padło na mnie. Więc teraz odwal się od niego rozumiesz? Nie potrzebny mu ktoś taki jak ty – potok jadu wylewał się z jego ust kiedy to mówił.
- Nie musisz mi wierzyć, ale mówię akurat prawdę. Harry nie ma z tym nic wspólnego – zacisnęłam mocno dłoń wbijając paznokcie w skórę.
- Wie czym jesteś? – uniósł brew
- Czym? – powtórzyłam – Nie musisz traktować mnie jak bym była nie wiadomo kim… - poczułam znane pieczenie w gardle i formująca się jeszcze większą gulę.

- Więc kim jesteś? – usłyszałam zbolały głos za sobą. To nie mogła być prawda. Obróciłam się i zobaczyłam Harrego. Stał niedaleko z zaciśniętymi pięściami. Na jego twarzy wypisany był ból zmieszany z wściekłością. Jego klatka piersiowa opadała i unosiła się ciężko. 
**********************
Yo ziomki! A więc udało mi się napisać kolejny rozdział, chociaż z nim nie miałam takiego problemu jak z poprzednim do czego się przyznaję xx Urwałam w takim momencie, bo taka chwila napięcia tam jest haha Dobra nie hha dobra nie wiem już co pisze, taka zmęczona jestem szkołą X.X  I w ogóle ludzie módlcie sie za mnie, bo w poniedziałek mam sprawdzian z edb, test z polaka, powtórzyć wszystkie epoki średniowiecza na polski też i kartkówkę z biologii. Niech lepiej Bóg mnie ma w swojej opiece, bo żywa z tego budynku nie wyjdę! Dobra nie bede wam smęcić :D Miłego czytania <3 Pozdrawiam xx 

piątek, 21 lutego 2014

ROZDZIAŁ 21

Przełączałem bezsensownie programy przełączając je co chwila. Ta ciągła monotonia trwała już od kilku dni od kiedy nie było Louisa. Porwali go. Tak porwali go. Nie wiem co porywacze mogą chcieć. Proponowaliśmy im już nie wiadomo jakie kwoty w zamian za Lou. Trzask drzwi frontowych wyrwał mnie z przemyśleń. Skierowałem wzrok na wejście do salonu, gdzie ujrzałem Gemme.
- Harry – westchnęła pokonując dystans pomiędzy nami i usiadła obok biorąc mnie w ramiona i ściskając mocno, co nie było lada wyzwaniem dla jej drobnych ramion. Wtuliłem się w nią przemykając oczy.
- Oddadzą go – powiedziała głaszcząc moje włosy – W końcu kiedyś im się to znudzi, na pewno go wypuszczą całego i zdrowego – zapewniła mnie.
- To już 4 dni – powiedziałem słabo w jej skórzaną kurtkę, która jeszcze bardziej tłumiła mój głos – A oni się nie odezwali, ani razu.
- W końcu podadzą swoje warunki – potarła moje plecy w pocieszającym geście – Gdzie masz chłopaków?
- Siedzą z Paulem i tymi wszystkimi facetami z policji. Mnie wygonili do domu – odkleiłem się od niej siadając prosto.  Ściągnęła buty siadając po turecku obok mnie.  Poderwałem się z miejsca kiedy zabrzmiał dzwonek mojego telefonu. Szybkim ruchem wziąłem go ze stolika ogarnięty nadzieją, że być może porywacze się w końcu odezwali. Rozczarowanie ogarnęło moje ciało kiedy, na ekranie zobaczyłem imię Hayley. Przeciągnąłem palcem po ekranie przykładając telefon do ucha. Przez jakiś czas była cisza, więc zastanawiałem się czy ona w ogóle tam jest.
- Hayley? – odezwałem się w końcu. Usłyszałem ciche westchnięcie.
- Jestem – usłyszałem jej głos. Dawno się z nią nie widziałem. Po tym wypadku często ją odwiedzałem, a z czasem i kiedy poczuła się lepiej to ona mnie odwiedzała.  Znowu nic się nie odzywała, a ja nie wiedziałem jak zacząć rozmowę.
- Wybrałaś przypadkiem numer i nie wiesz jak się teraz z tego wykręcić?
- Nie, oczywiście, że nie. – zaprzeczyła – Chciałam się dowiedzieć jak w sprawie z Louisem… Nie będę cię pytać jak się czujesz, bo pewnie każdy głupi idiota o to pyta – zaznaczyła.
- Dobrze, że ty jako jedyna to rozumiesz – oparłem łokcie na kolanach – Ciężko, żadnych wieści. – mój głos się zatrząsnął, więc nie kontynuowałem swojej wypowiedzi.
-To twardy facet da sobie radę – usłyszałem trzask drzwi  po drugiej stronie linii – Słuchaj musze kończyć, nie martw się tak i idź w końcu spać, bo pewnie wyglądasz jak widmo – bąknęła rozłączając się.
***
Szedłem po zabłoconym trawniku świecąc sobie telefonem.  Temperatura na zewnątrz  nie wynosiła więcej niż 3 stopnie, ponieważ mój oddech za każdym razem zamieniał się w biały dymek pary.  Rozejrzałem się, na próżno jednak, ponieważ gęsta jak mleko mgła uniemożliwiła mi cokolwiek dojrzeć. Zaklinałem kiedy potknąłem się o wystający kamyk odzyskując równowagę kierując się dalej na przód. W oddali usłyszałem głośny przerażający krzyk. Ciężko oddychając obróciłem się rozpaczliwie próbując coś zobaczyć w tej piekielnej mgle. Moje nogi przyśpieszyły niosąc mnie w nieznanym mi kierunku. Znowu usłyszałem krzyk na co się wzdrygnąłem.  Potknąłem się o coś znowu prawie się przewracając. W ustach mi zaschło kiedy zobaczyłem, że była to kurtka. Kurtka Louisa. Przełknąłem ślinę dostrzegając na niej ślady krwi.  W uszach mi szumiało, a serce waliło jak młotem.  Przyśpieszyłem kroku co chwila się potykając . W jednej ręce trzymałem dżinsową  kurtkę Lou w drugiej telefon świecąc nim sobie pod nogi.
- Harry – usłyszałem słaby głos na co rozejrzałem się dookoła lecz nikogo nie było – Harry – ochrypły głos znowu zawołał.
- Kim jesteś?! – krzyknąłem lecz otaczała mnie głucha cisza – Czego chcesz?! – wrzasnąłem puszczając się biegiem po obślizgłej trawie. Coś złapało mnie za tył kurtki szarpiąc do tyłu i przewracając.  Wierzgałem nogami i machałem rękami na oślep nie wiedząc przed czym się bronie. Mocne ręce zacisnęły się na mojej szyi ściskając ją z całej siły. Zdławiony dźwięk wydostał się z moich ust, kiedy próbowałem zaczerpnąć powietrza dalej wierzgając nogami. Zimne dłonie puściły mnie i szarpnęły za kurtkę do góry. Łapiąc powietrze próbowałem się zamachnąć i uderzyć mojego napastnika, lecz  nie dosięgnąłem go. Po chwili wędrówki rzucił mną o ziemię.
-Przyprowadziłem go – odezwał się męski głos. Podniosłem głowę rozglądając się. Dalej znajdowałem się na polanie, a otaczała mnie mgła. Zmrużyłem oczy przyglądając się postaci stojącej przede mną.  Blondwłosa dziewczyna trzymała w ręce długi zakrwawiony nóż. Czułem jak żółć podchodzi mi do gardła. Czarne smugi rozmazane były dookoła jej oczu.
- Hayley – szepnąłem.
- Miło, że mnie poznajesz – uśmiechnęła się arogancko.
- Gdzie Louis? – zerkałem na nóż oblany szkarłatną cieczą, który spoczywał w jej dłoni.
- Nic mu nie jest… jeszcze – machnęła ręką do postaci stojącej za mną, a chwile później przed dziewczyna padł brunet. Jego biała koszulka poplamiona była krwią, tak jak i spodnie i ręce.
- Harry – odezwał się słabym głosem – Uciekaj… - nie dokończył, bo Hayley kopnęła go w brzuch.
- Zamknij się – warknęła i złapała go za włosy ciągnąć, tak, żeby klęczał przed nią. Jego mętny wzrok oplótł moją sylwetkę. Poczułem ściśnięcie w gardle.
- Zostaw go! – krzyknąłem wstając, ale mocne ręce zacisnęły się wokół moich ramion. Dziki uśmieszek wpełzł na usta Hayley, która przyłożyła nóż do gardła bruneta.  D oczu napłynęły mi łzy i zacząłem się szarpać.
- Dlaczego to robisz?! – krzyknąłem  - Dlaczego?!
Nic się nie odezwała patrząc mi w oczy i przejeżdżając nożem go szyi Louisa. Z rany trysnęła krew, a bezwładne ciało chłopaka upadło u jej stóp.
- Nie!
 **************************
 Hej kochani :D Wiem, że rozdział krótki, ale dokańczałam go dziś i tak mi zeszło trochę :D Niestety albo stety dziś tylko taka notka :D A jeszcze dziękuję za komentarze, a dzień dodawania rozdziałów to w dalszym ciągu piątek :D Miłego czytania, pozdrawiam xx 


wtorek, 18 lutego 2014

ROZDZIAŁ 20

Chłopak był tak samo zaskoczony jak ja widząc go. Co do kurwy nędzy robi w naszej kryjówce Louis Tomlinson najlepszy przyjaciel Harrego?!  Oko miał podbije, a od nosa ciekła szkarłatna strużka wyschniętej krwi. Brunet próbował coś powiedzieć, ale wyszedł z tego tylko bełkot przez taśmę klejąca, którą miał na ustach. Cholera jasna! Przełknęłam ślinę nie ruszając się. Moje ciało ani drgnęło o minimetr. Lou szarpnął się na krześle dalej próbując coś powiedzieć.  Co ja mam teraz zrobić? Serce biło mi jak oszalałe kiedy usłyszałam kroki na korytarzu.  Popatrzyłam na korytarz oceniając ile jeszcze mam czasu, i znowu wróciłam wzrokiem do chłopaka, który dalej się szarpał i próbował coś powiedzieć. Zacisnęłam oczy biorąc głęboki wdech. Popatrzyłam na chłopaka i po prostu wycofałam się do drzwi gasząc światło i zamykając je.
Ruszyłam korytarzem napotykając Jace’a i Simona.
- Hayley co ty tam robiłaś? – niskim głosem  zapytał wysoki i muskularny Jace.
- Miałam jakieś pudło przynieść, ale nie do tych drzwi trafiłam. – bąknęłam wymijając ich. Mark porwał Louisa. Czemu ja nic o tym nie wiedziałam? Ile to już trwa? Nie mogę tego tak zostawić.  Po prostu kurwa nie mogę.
***
Minęły trzy dni od porwania Lou. W mediach ciągle huczą o tym. Rodzina, chłopcy jak i fani  błagają o bezpieczny powrót bruneta. Westchnęłam wyłączając telewizor.  Z Markiem w ogóle nie ma możliwości kontaktu. Do niego nic nie dociera. On nie rozumie, że tego jednego człowieka szuka cała policja w Wielkiej Brytanii. Jeśli zostanie złapany pójdziemy wszyscy siedzieć . Westchnęłam patrząc na telewizor, na którego ekranie widniały zmartwione twarze chłopaków proszące porywaczy, aby wypuścili Lou nie ważne za jaką cenę.  Każdy z nich miał cienie pod oczami i ani krzty uśmiechu na ustach.  Ale najbardziej przykuwał moją uwagę Harry. Kolory z jego twarzy zniknęły i zostały zastąpione szarym odcieniem. Kości policzkowe były bardziej widoczne, a mętny wzrok i worki pod oczami oznaką nie przespanych nocy.  Zacisnęłam pięść z ponownie narastającej złości na Marka. Wyłączyłam telewizor rzucając pilot na przeciwległy fotel. Wyciągnęłam papierosa z paczki leżącej na stoliku i zapaliłam go zaciągając się dymem. Skupiłam wzrok na Marku, który właśnie wszedł do salonu.
- Wypuść go – warknęłam bez ogródek. Jego lodowaty wzrok spoczął na mojej twarzy. Jego twarzy była stanowcza i władcza, ale i z przebłyskami zmęczenia.
- Już ci kurwa coś mówiłem – odezwał się chłodno –Zaczynasz mnie wkurwiać Butler, od paru dni nic od ciebie nie słyszę tylko to, żebym wypuścił tego gnoja – warknął na co wstała i podeszłam do niego.
-Myślałam, że jesteś mądrzejszy. Cała pierdolona policja go szuka, przeszukują każdy skrawek ziemi, żeby go znaleźć, a jak nas złapią to do końca życia nie wyjdziemy z pierdla! – krzyknęłam ściskając w ręce papierosa
- To był mój plan zanim zaprosiłem cię do nas, to ja go porwałem i to ja będę ponosił konsekwencje. Nie musisz się bać o swój skromny tyłeczek – odparł naciskając na każde wypowiedziane „ja”. Zacisnęłam ręce, które aż rwały się, żeby mu przyjebać i zobaczyć jak krew spływa z jego rozkwaszonego nosa, ale tylko się wycofałam zabierając kurtkę.
- Skoro tak to radź sobie kurwa sam – powiedziałam na odchodnym.
***
Siedziałem przy chwiejnym stoliku w kącie pomieszczenia.  Na połowę blatu padało przytłumione światło. Znużony schowałem telefon do kieszeni kiedy gra mi się znudziła. Podniosłem wzrok na związanego bruneta na krześle. Jego oczy były skierowane wprost na mnie. Szary odcień wzburzonego morza błyszczał nienawiścią i  zmęczeniem. Na jego twarzy pojawił się zarost, a od kolesia chcąc czy nie chcąc zaczęło już cuchnąć.  Chłopak próbował coś powiedzieć, lecz taśma skutecznie mu to uniemożliwiała. Przekrzywiłem głowę patrząc na niego.  Wstałem stając koło niego, a ten dalej nie zaprzestał prób powiedzenia czegoś. Złapałem skrawek taśmy i oderwałem ją od jego ust na co krzyknął głośno.
-Ćsss , bo zmarłych obudzisz – odparłem patrząc jak brunet zaciska oczy z bólu.
- Mam propozycje – odezwał się drżącym głosem – Ale chce gadać z twoim szefem – podniósł na mnie wzrok.  Wzruszyłem ramionami obracając się.
- Nie wiem czy mi się chce dzwonić do niego – usiadłem na krzesełko.
-Proszę cię – zabłagał  na co tylko zrobiłem skwaszoną minę– Na pewno zaproponowali wam dużo kasy za mnie, więc czemu mnie kurwa nie wypuścicie?! – szarpnął się
- Uspokój się księżniczko, bo sobie jeszcze krzywdę zrobisz – warknąłem – To nie zależy ode mnie, ja tu tylko wykonuje polecenia.
Chłopak zamknął na chwile oczy, które po momencie otworzył. Oblizał spierzchnięte usta i spojrzał znowu na mnie.
- Ile wam zaproponowali?
Wzruszyłem ramionami bawiąc się telefonem, który wyciągnąłem z kieszeni.
- Zadzwoń do tego kolesia co tym całym gównem kieruje i przekaż, że chce z nim gadać – jego ton był stanowczy, ale wyczuwałem w nim nutkę strachu. Odblokowałem ekran i wyszukałem numer Marka dzwoniąc do niego. Odebrał po trzecim sygnale.
- Co?! – krzyknął wkurzony do telefonu
- Woahh spokojnie facet. Kto cię tak wkurwił?
- Ta suka Hayley. Rozszarpie ją kiedyś gołymi kurwa rękami – wywróciłem oczami czerpiąc przyjemność z tego, że blondyn mnie nie widzi. Od tych trzech dni nic nie słyszę tylko jak ci dwoje się kłócą o tego dupka. Hayley zawzięcie się upierała, że to bardzo duży błąd porywając kogoś z widoku publicznego, a Mark, że to on podejmuje decyzje. I tak w kółko i w kółko jak niekończąca się opera mydlana. – A tak w ogóle to po co dzwonisz? – jego lodowaty głos wyrwał mnie z przemyśleń.
- Nasz gość chciałby z tobą zamienić parę słów – odparłem spokojnie
- A ktoś ci kurwa pozwalał ściągnąć mu z mordy taśmę?! – znowu wybuch gniewu
- Sam sobie pozwoliłem – odgryzłem się.
- Nie takim tonem skurwielu – warknął po czym w tle było słychać trzask zamykanych drzwi – Dobra zaraz tam będę – powiedział kończąc rozmowę. Spojrzałem na niebieskookiego, który zawzięcie mnie obserwował.
- Załatwione madam – bąknąłem rozkładając się na niewygodnym krześle. Po jakichś 10 minutach drzwi z hukiem się otworzyły, a do środka wszedł Mark. Wyglądał na poirytowanego.
- Jaką sprawę masz do mnie gnido, każąc mi specjalnie tutaj przyjeżdżać? – warknął zwracając się do bruneta.
- Ile zaproponowali ci kasy za mnie? – patrzył na Marka zawzięcie i z wrogością
- Nie narzekam – odparł Mark z przerażającym spokojem
- Ile? – powtórzył Louis na co Mark zmarszczył brwi.
- 10 milionów – odparł od niechcenia
- Dlaczego się nie zgodziłeś? – niebieskooki był zdziwiony.
- Bo uważam, że niezłą zabawę mam kiedy tak sobie tu siedzisz – warknął tracąc cierpliwość Mark
- Wypuść mnie, a ja nie zdradzę policji kto mnie porwał, powiem, że nie widziałem waszych twarzy. Nic.
Blondyn zaśmiał się uderzając bruneta, tak że jego głowa przechyliła się na bok, a włosy opadły roztrzepane na twarz.
- To ja tu dyktuje warunki – lodowatym głosem odarł przyklejając nowy kawałek taśmy na usta Louisa.
 ********************************
Takkk przyznaje schrzaniłam sprawę! Cały weekend miałam zawalony i nie byłam w ogóle na kompie, a wczoraj wróciłam o 5 ze szkoły musiałam sie pouczyć i zanim zabrałam sie do pisania było już grubo po 21, a jeszcze sama nie mam komputera tylko go dziele z siostrą, więc proszę bądźcie wyrozumiali <3 Na prawdę staram sie utrzymywać tego bloga, ale takie mam obowiązki jak szkoła i osobiste życie towarzyskie jakie posiadam w małym stopniu, ale zawsze posiadam. No to chyba tyle miłego czytania <3 Pozdrawiam xx

poniedziałek, 10 lutego 2014

ROZDZIAŁ 19

***
- Co z twoim samochodem? – brunet nie odrywał wzroku od jezdni. Wzruszyłam ramionami.
- Szef się tym zajmie – bąknęłam i obróciłam twarz w drugą stronę patrząc za szybę samochodu. Zaskoczyło mnie to w szpitalu kiedy pielęgniarka wzięła nas za parę, a on nie zaprzeczył. Dlaczego tego nie zrobił? Przecież w tym momencie na pewno mnie nienawidzi.  Odchrząknęłam lekko obracając głowę w jego stronę.
- Dlaczego nie zaprzeczyłeś kiedy pielęgniarka wzięła nas za parę? – jego twarz była kamienna, lecz na chwile spojrzał na mnie.
- Kiedy cię przywiozłem do tego szpitala mówili, że o stanie twojego zdrowia, może być   informowana tylko rodzina. Zapytali kim dla ciebie jestem – urwał i przelotnie spojrzał na mnie – Nie wiedziałem co odpowiedzieć, kiedy pielęgniarka zapytała czy jestem twoim chłopakiem, po prostu nic nie odpowiedziałem. Gdybym zaprzeczył wywalili  by mnie stamtąd. – wzruszył ramionami skręcając na pobocze.
- Nie chciałeś stamtąd iść? – byłam zaskoczona tym.
- Chyba pasowałoby wiedzieć co z twoim zdrowiem, skoro cię tam przywiozłem nieprawdaż? Z resztą masz cholerne szczęście, że ten rezonans nic nie wykazał – bąknął wysiadając z samochodu. Obszedł go i otworzył drzwi pasażera. – Chodź – wyciągnął rękę w moim kierunku, na co pokręciłam głową.
- Dam sobie radę sama – spojrzałam w jego zielone tęczówki.
- Pragnę ci przypomnieć, że nie masz butów – wskazał na moje gołe stopy – Nie musisz się unosić honorem – objął moje plecy, a drugą rękę dał w zgięciach kolan biorąc mnie na ręce. Czułam się dziwnie i nie swojo, ale jednocześnie coś mnie uspokoiło.  Jego ciepło ogrzewało moją bladą skórę,  chroniąc mnie przed zimnym i wilgotnym od deszczu powietrzem.  Rozejrzałam się odruchowo po ulicy. Żadnego podejrzanego samochodu. Dlaczego do chuja ja się boje? Ci gnoje myślą, że pewnie nie żyje. Potrząsnęłam głową chcąc się pozbyć natarczywych myśli. Harry przeszedł przez drogę i stanął przed masywnymi drzwiami od kamienicy.
- Otwórz – nakazał. Nachyliłam się i pchnęłam klamkę w dół otwierając drzwi, a chłopak wszedł ze mną na rękach do środka. Przemierzał kolejne piętra nic nie mówiąc. Ta cisza w sumie była spokojna i przyjemna w porównaniu do tego zgiełku w szpitalu. Znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, a brunet od razu zaniósł mnie do sypialni. Delikatnie położył mnie na materacu pomagając mi się wygodnie ułożyć. Był taki delikatny względem mnie. Mimowolnie uśmiechnęłam się kiedy się wyprostował.
- Co cię tak śmieszy? – jego głos był głęboki i ochrypły.
- Nic, po prostu mam cholerne szczęście, że z takiego wypadku wyszłam tylko z paroma zadrapaniami – skłamałam.
- Pamiętaj co mówił lekarz przez tydzień musisz wypoczywać, i nie narażać się na gwałtowne wysiłki fizyczne. – lustrował moją sylwetkę – I te leki na ból głowy to tylko w ostateczności. – skończył mówić i stał tam patrząc na mnie. Zapadła między nami niezręczna cisza, którą po chwili przerwałam chrząknięciem.
- Dzięki. – odparłam.  Chłopak skinął i obrócił się kierując do drzwi.
- Harry? – moje usta bezwiednie się otworzyły. Cholerny niewyparzony język. Zielonooki obrócił się twarzą do mnie z koncentracją wypisaną na twarzy.
- Tak? – uniósł brwi. Przygryzłam wargę wiercąc się na łóżku.
- Czy… - cholera ja się jąkam – Czy mógłbyś kiedyś zajrzeć do mnie jak będziesz miał czas? –spojrzałam niepewnie na niego – Przez ten tydzień będę kompletnie sama… - Chłopak jeszcze wyżej uniósł brwi nie spodziewając się tego co powiedziałam, tak samo i ja.
- I co znowu rozbijesz butelkę na mojej głowie?- jego wyraz twarzy momentalnie stał się kamienny. Byłam kompletnie zbita z tropu jego nagłą zmianą nastroju.
- Już tyle razy cię przepraszałam… - pokręciłam głową – Ale rozumiem cię, jesteś na mnie wściekły , też bym była.
- Cud, że przynajmniej masz poczucie winy – prychnął. Zamrugałam kilkakrotnie nie wiedząc co powiedzieć.
- Naprawdę tego żałuję, nie byłam sobą… coś wtedy we mnie pękło, że nie jestem niezniszczalna -  pokręciłam głową – Przepraszam, że w ogóle zawracałam ci głowę. Jesteś kim jesteś i masz dużo obowiązków, a ja ci zawracam dupę swoimi problemami – szczerość w moim głosie była tak namacalna, że prawie mogłam ją dotknąć. I jak za pomocą magicznego pstryczka atmosfera między nami diametralnie się zmieniła, ale nie mogłam stwierdzić na jaką. Chłopak zamknął oczy kręcąc głową.
- Herbatę? – otworzył oczy wpatrując się we mnie. Uśmiechnęłam się lekko i przytaknęłam. – To, że ci pomogę nie zmienia faktu, że jestem na ciebie dalej cholernie wkurwiony – zaznaczył wychodząc z pokoju. Wrócił z dwoma parującymi kubkami podając mi jeden.
- Dzięki – odparłam upijając mały łyk. Wdrapał się na łóżko uważając, żeby nie wylać i usiadł krzyżując nogi.
- Powiedź mi gdzie są twoi rodzice? – po dłuższej ciszy jego głos rozbrzmiał w pokoju. Wzruszyłam ramionami nawet nie będąc zaskoczona tym pytaniem.
- Nigdy nie miałam rodziców – odparłam
- Sprecyzuj swoją wypowiedź . Króliki chyba cię nie spłodziły co?– ponaglił mnie. Westchnęłam i przeniosłam wzrok z kubka na niego.
- Wychowałam się w domu dziecka. – pokręciłam głową – Ale nie chce o tym gadać – upiłam łyk herbaty kończąc tym samym ten temat.
***
Otworzyłem oczy rozglądając się dookoła. Zasnąłem u Hayley. Dziewczyna stała na drugim końcu pokoju tyłem do mnie trzymając telefon przy uchu.
- Tak – pokiwała głową – Po prostu pojawił  się znikąd i wepchnął mnie do jeziora – warknęła i przeczesała włosy – A skąd do chuja mam wiedzieć gdzie pojechali? Przez tydzień mnie nie ma, i chociaż bym kurwa chciała to nie wrócę, bo mam niańkę na karku – obróciła się lekko w moją stronę, więc szybko zamknąłem oczy. – Mam go, chyba się nie zmoczył… czy działa? Nie próbowałam tego zrobić dam ci ją za tydzień. Nie wiem, nie interesuje mnie to po prostu wyciągnij z tej wody mój samochód, a tym kutasem ja się zajmę, nawet nie wie z kim zadarł – prychnęła rozłączając się. Przekręciłem się na bok, plecami do dziewczyny udając, że dalej śpię.  Materac się ugiął kiedy blondynka na nim usiadła.
- Obudziłam cię? – zabrzmiał jej głos. Obróciłem się patrząc na nią.
- Nie – pokręciłem głową podnosząc się do pozycji siedzącej. Spojrzałem za okno widząc, że już się ściemniło. – Zasiedziałem się – westchnąłem wstając.
- Dzięki – blondynka uśmiechnęła się do mnie – No wiesz wcale nie musiałeś tu siedzieć ze mną – odgarnęła blond pasmo ze swojej twarzy smukłymi palcami.
- W porządku, jeśli będziesz chciała coś to zadzwoń – wstałem i po prostu wyszedłem chcąc uniknąć wiszącej w powietrzu kolejnej sprzeczki.
***

Moje wysokie szpilki stukały o betonową wilgotną podłogę.  Skurzone i stare lampy migały żółtym światłem na brudne ściany korytarzu.  Co jakiś czas spasiony szczur mknął do swojej jamy uciekając przed jakimkolwiek intruzem. Zapach stęchlizny, pleśni i moczu unosił się w powietrzu przyprawiając mnie o mdłości.  Na reszcie moim oczom ukazały się zardzewiałe drzwi pokoju.  Sięgnęłam do klamki, które lepiła się od jakiejś dziwnej mazi. Szarpnęłam za nią, lecz drzwi ani drgnęły. Obróciłam się w stronę korytarza marszcząc brwi. Czyżbym pomyliła korytarze? Znowu szarpnęłam za klamkę pomagając sobie kolanem, aż drzwi w końcu ustąpiły i otworzyły się ze zgrzytem. W środku pomieszczenia było ciemna, a jedyne oświetlenie to nikłe światło z korytarza. Wyjęłam telefon próbując oświetlić wnętrze lecz na nic . Na ścianie wymacałam włącznik światła, a żarówka na suficie zapaliła się. Zmarszczyłam brwi widząc na środku krzesło, a na nim chłopaka. Ręce miał związane z tyłu oparcia, a głowę miał opuszczoną na klatkę piersiową. Brązowa grzywka zasłaniała jego oczy.  Białą koszulkę z nadrukiem miał poplamioną krwią i błotem, a gdzie nie gdzie zadartą. Brunet ciężko oddychał jak by walczył o każdy następny oddech. Zrobiłam krok do przodu chcąc się bardziej przyjrzeć mojemu znalezisku. I w tym właśnie momencie chłopak podniósł głowę, a moje niebieskie oczy skrzyżowały się z szarymi wyblakłymi błękitami. O kurwa.
*****************
Hej kochani :) Dziękuję, że komentujecie rozdziały to dla mnie na prawdę ważne :D A dalej pisaliście mi, że nie dodaje systematycznie rozdziałów. Owszem zdarza mi się to, ale jeśli z góry wiem,że taka sytuacja będzie to was o tym informuje w notce. Tak jak w poprzednim rozdziale, pisałam, że jadę na obóz i nie wiem kiedy wrócę i nie wiem kiedy będzie rozdział. Jeśli chodzi o długość rozdziałów to wiem, że są krótkie, ale niestety teraz takie będą, bo nie mam zbytnio czasu pisać, ale staram się jak mogę :D Pozdrawiam xx